Okiennik Wielki i Góra Zborów

Trasa na:       dwa dni
Plan:             zwiedzić atrakcje pomiędzy Okiennikiem Wielkim a Górą Zborów
Dojazd:         autem do Skarżyc (zostaw je tutaj)
Dystans:        25 km

Dwudniowy wyjazd na Jurę z noclegiem "na jaskiniowca".

Po ostatnim wyjeździe na Radziejową, podczas którego po raz pierwszy spałem w warunkach zimowych w namiocie, postanowiłem kupić lepszy śpiwór, gdyż spanie w dwóch letnich śpiworach nie jest bynajmniej najlepszym rozwiązaniem. Kierując się stosunkiem ceny do jakości wybrałem ostatecznie śpiwór firmy North Face, model Aleutian pozwalający spać komfortowo w temperaturze od -3*C do -9*C. Dzięki uprzejmości firmy sklepdlaturysty.pl nabyłem go w bardzo atrakcyjnej cenie - nie mogę nawet powiedzieć, że była ona konkurencyjna wobec ofert innych sklepów, ponieważ żaden sklep nie sprzedałby mi towaru za mniej niż połowę jego wartości. Po udanym zakupie przyszedł czas na przetestowanie nowego sprzętu. Postanowiłem zrobić to względnie niedaleko ale jednocześnie w jakimś atrakcyjnym krajobrazowo miejscu. Padło na Jurę!

Jura Krakowsko-Częstochowska stanowi idealną alternatywę dla typowo górskich wycieczek. Niejednokrotnie już o tym pisałem. Ze względu na niewielką odległość jaka mnie od niej dzieli, wybieram się tam zwykle wtedy, gdy mam zbyt mało czasu na długą i dalszą wyprawę. Tym razem nie było inaczej. Wcześnie rano wyjechałem z domu by do samego wieczora oddać się wędrówce, spędzić noc w nieco nietypowych okolicznościach (o czym napiszę nieco później) a na drugi dzień jak najszybciej, jeszcze przed południem wrócić do domu. Jako pole eksploracji wybrałem tym razem tereny położone w centralnej części wyżyny, niedaleko Zawiercia. Swego czasu z zainteresowaniem czytałem o Okienniku Wielkim - malowniczej skale znajdującej się nieopodal wsi Skarżyce. Postanowiłem w końcu zobaczyć ją na własne oczy. Aby wzbogacić wycieczkę o kilka innych ciekawych miejsc, przejrzałem dostępne mi mapy i zaplanowałem trasę uwzględniającą również ruiny Zamku Bąkowiec (nazywanego także Zamkiem Morsko), Skały Rzędkowickie oraz Górę Zborów. 

Mapa trasy:

10 grudnia 2016

Tę krótką wyprawę rozpocząłem od Okiennika Wielkiego.
Około 8:00 rano zaparkowałem pod nim samochód i jedynie z aparatem w ręku udałem się zobaczyć z bliska tę skałę górującą nad całą okolicą.

Nazwa skały pochodzi od charakterystycznego otworu znajdującego się w jej części szczytowej.

Pomimo tego, że pierwsza połowa grudnia chyliła się powoli ku końcowi, nie było specjalnie zimno. Temperatura powietrza rankiem plasowała się nieco poniżej zera. Na ziemi leżały drobne ilości śniegu, które jeszcze tego samego dnia zniknęły wraz ze wzrostem temperatury do około +4*C. Kiedy wróciłem tu następnego dnia, po śniegu nie było już śladu.

Okiennik Wielki nie jest w zasadzie jedną skałą lecz całą grupą skał wapiennych.

Niektóre z nich oddzielone są wąskimi przejściami.


Najwyższa i najbardziej charakterystyczna z nich posiada "okno" o wymiarach ok. 7 x 5 metrów.

Nieco poniżej okna znajduje się jaskinia, w której  w XIX wieku zamieszkiwał podobno legendarny zbójnik Malarski - taki lokalny Janosik. Podobnie jak jego góralski odpowiednik zabierał on bogatym by oddawać biednym. Rozkochiwał w sobie kobiety, u których później zyskiwał schronienie. Unikał kary poruszając się w przebraniu oraz korzystał z siatki własnych informatorów. Ostatecznie został jednak złapany podstępem przez przedstawicieli prawa. W jaskini widocznej na poniższym zdjęciu znajdowała się podobno jego główna siedziba.

Widoki z Okiennika Wielkiego.






Z pewnej perspektywy skała przypomina kształtem głowę przedstawiciela jakiegoś gatunku naczelnych.

Poniżej kilka zdjęć samego "okna".




Nieopodal znajduje się wapienna chatka, przyjemnie wkomponowująca się w cały krajobraz.

Po obejściu Okiennika wracam do samochodu pozostawionego na parkingu, zarzucam na plecy bagaż i ruszam w drogę. Przede mną około 25 km szlaku z czego jedynie 15 w dniu dzisiejszym.

Co jakiś czas na szlaku pojawiają się mniejsze lub większe grupy skalne.


Po godzinie marszu z hakiem docieram do ruin Zamku Bąkowiec.

Zamek ten jest jedną z wielu atrakcji na Szlaku Orlich Gniazd. Jego ruiny stanowią doskonały przykład zamków skalnych - budowli, w których wykorzystywano naturalne skupiska skalne jako część murów, uzupełniając występujące pomiędzy nimi szczeliny kamiennym murem.

Zamek powstał najprawdopodobniej w XIV wieku z inicjatywy Kazimierza Wielkiego, choć jego początki nie zostały nigdzie udokumentowane. Całkiem możliwe, że wcześniej istniała tu drewniana warownia wzniesiona przez kogoś innego.

Zamek w swej historii wielokrotnie zmieniał właścicieli a w XVII  wieku był już w ruinie. Budynki widoczne na zdjęciach dobudowano już w XX wieku.

Obecnie trwają prace konserwacyjne ruin.




Tylny mur zamku.

Na skale po prawej stała niegdyś baszta obronna. Pomimo strategicznego położenia zamek nie odegrał w historii żadnej istotnej roli.

W czasach PRL wybudowano tu ośrodek wypoczynkowy wraz ze stokiem i wyciągiem narciarskim.

Na terenie ośrodka znajduje się spory szałas, w którym można znaleźć schronienie.

Szałas jest zawsze otwarty.

W środku jest dużo miejsca oraz ławy ze stołami.

Śmiało można byłoby spędzić w nim noc, jednak ja zatrzymałem się tu jedynie na posiłek, po czym ruszyłem dalej.

Zaraz za zamkiem mijam sporą grupę skał położonych w lesie.



Po zejściu ze wzgórza zamkowego czarny szlak przez kolejne 4,5 km wiedzie płasko przez las a następnie przez miejscowość Rzędkowice. Za tą miejscowością schodzę na szlak zielony prowadzący wzdłuż malowniczych Skał Rzędkowickich.

Na początku tego szlaku zobaczymy sporo pojedynczych skał, niektórych w postaci wysokich iglic.

Wysoka Baszta.

Ta sama skała z innej perspektywy.

To również Wysoka Baszta z pewnego dystansu.

Im dalej na szlak się zapuszczam, tym skały stają się masywniejsze i gęściej ułożone.



W pewnym momencie przybierają postać wysokich ścian górujących ponad szlakiem.






Najbardziej okazała grupa skał znajduje się pod koniec całej formacji.

To tutaj znajduje się kolejny Okiennik - tym razem Rzędkowicki (pod szczytem najwyższej skały widać prześwit).

Na rozdrożu.

Na całej trasie ponownie korzystałem jedynie z mapy offline wykonanej przez mapa-turystyczna.pl. Bardzo przydatne narzędzie! Szczególnie na krótkich wyjazdach, podczas których telefon nie zdąży się rozładować. No chyba, że bierzecie ze sobą powerbank, to nie musicie się o to martwić.

Po około 13 km docieram pod Górę Zborów - najwyższe wzniesienie byłego woj. częstochowskiego (462 m n.p.m.).

Teren Góry Zborów oraz sąsiedniego Wzgórza Kołoczek stanowi rezerwat przyrody nieożywionej. Na jego terenie, pod koniec II WŚ Armia Ludowa oraz Bataliony Chłopskie stoczyły zwycięską potyczkę z oddziałami niemieckimi.


Droga na szczyt nie jest długa i zajmuje zaledwie kilkanaście minut.

Szczyt wzniesienia jest niezalesiony oraz pokryty licznymi skałami. Występują tu również jaskinie oraz wnęki skalne.



W tej wnęce spędzę dzisiejszą noc. Jestem tu po raz pierwszy, jednak wiedziałem, że będę spał właśnie tutaj. Planując wyjazd widziałem to miejsce na zdjęciach w internecie i bardzo przypadło mi do gustu. Nie jest to jaskinia, choć z zewnątrz tak wygląda. Jest to jedynie wnęka skalna bez zejścia do podziemi.

W środku jest dużo miejsca. Jest też jeszcze jedno, mniejsze, boczne wyjście na zewnątrz.

Widok z przedsionka mojego dzisiejszego domu.



Zostawiam plecak w moim schronieniu i udaję się na sam szczyt wzgórza.

Jest on bogaty w liczne malowniczo położone skały.












Na poniższych zdjęciach widoczna jest droga wojewódzka nr 792 przywodząca na myśl amerykańskie lub australijskie drogi ciągnące się milami w linii prostej poza horyzont.


Jest już prawie godz. 16:00. Niedługo słońce zacznie się chylić ku zachodowi. Wracam więc do mojej wnęki skalnej by przygotować miejsce do spania.

Trafnie przewidziałem, że wnętrze takiej wnęki może być zabrudzone popiołami palonych w nim sporadycznie ognisk. Nawet jeśli ludzie palą ogniska zwykle w jednym miejscu, to wiatr kotłujący się wewnątrz takiej wnęki roznosi później popioły po całym wnętrzu, pokrywając wszystko czarną, brudzącą warstwą. Na ten właśnie wypadek wziąłem ze sobą proste i tanie zabezpieczenie - cienką folię malarską. Oryginalnie zapakowana, folia taka ma format kartki A4, jest lekka i nie zajmuje prawie w ogóle miejsca w plecaku. Po rozpakowaniu wystarczy złożyć ją w pół i otrzymujemy dobrą powłokę oddzielającą nas on brudu i wilgoci. Pod folią miałem jeszcze karimatę z powłoką izolującą mnie od chłodu, jednak z uwagi na niewielką szerokość nie byłaby ona w stanie uchronić mnie przed brudem i wilgocią tak dobrze, jak zrobiła to folia. Na zdjęciu folia przypomina nieco wodę a to przez to, że poruszana była wiatrem a dłuższy czas naświetlania wpłynął na rozmycie obrazu.

Po przygotowaniu miejsca noclegowego niebo zdążyło przybrać już barwy zachodu słońca.

Udałem się więc ponownie na szczyt, by w pełni nacieszyć się feerią kolorów.

Poniżej widać światła samochodów na drodze wojewódzkiej 792.


Po zachodzie słońca szybko zrobiło się ciemno, więc nie pozostało mi zbyt wiele możliwości poza pójściem spać. Temperatura w nocy oscylowała w granicach 0*C. Jak już pisałem na początku śpiwór, który chciałem tej nocy przetestować pozwala na komfortowy sen w temperaturze od -3 do -9*C. Wszedłem więc do niego tylko w jednej warstwie bielizny i muszę przyznać, że idealnie spełnił swoją rolę - przez całą noc ani przez chwilę nie poczułem chłodu. Było mi wręcz bardzo ciepło. Następnym razem użyję go przy niższych temperaturach. 

11 grudnia 2016

Rano obudziły mnie drobne krople mżawki lądujące na mojej twarzy (jedynej odkrytej części ciała), wwiewane od czasu do czasu do wnętrza mojego schronienia przez wiatr. Na szczęście opad ustał nim zdążyłem się ze wszystkim pozbierać. Nie zapomnę nigdy szoku, którego doznałem po rozpięciu śpiwora. Poza nim było naprawdę zimno! Ubierałem się więc na raty - zakładałem jedną część ubioru, po czym ponownie się przykrywałem, by po chwili zakładać w ten sam sposób kolejne ciuchy, w których miałem zamiar wędrować w ciągu dnia.

Po wyjściu na zewnątrz wnęki skalnej zastałem nieco bardziej zachmurzony krajobraz niż dnia poprzedniego. Miało to jednak swój urok przez pewną aurę tajemniczości.

Wszedłem na szczyt innej grupy skał, na której nie byłem w dniu poprzednim. 

Widoki z niej były równie ciekawe.






Obecnie znajduję się bezpośrednio ponad miejscem, w którym spędziłem noc.

Na poniższym zdjęciu widać boczne wejście do mojej nocnej kryjówki.

Właściwy szczyt wzniesienia, z którego robiłem zdjęcia wczoraj. Po prawej stronie widać sterczącą za skałami wieżyczkę triangulacyjną zbudowaną jeszcze przez hitlerowców.

Tutaj dokładnie widać tę wieżyczkę.

Chwilę później przyszedł czas na pożegnanie z Górą Zborów. Muszę przyznać, że to niepozorne wzniesienie zrobiło na mnie znacznie większe wrażenie niż niejeden dwu- lub trzykrotnie wyższy beskidzki szczyt. Bogactwo form skalnych, które oferuje to miejsce ustępuje rozmachem chyba tylko Tatrom oraz kilku miejscom w Pieninach. Naprawdę warto je odwiedzić!

Ze szczytu schodzę innym szlakiem niż na niego wchodziłem. Na jego końcu znajduje się nieczynny obecnie hitlerowski kamieniołom, w którym pracowali przymusowi robotnicy III Rzeszy, wydobywając wapień do konstrukcji dróg.

Nie on jednak jest atrakcją w tym miejscu. Jest nią znajdująca się tutaj Jaskinia Głęboka. Jej długość wynosi 190 m., a różnica wysokości między skrajnymi punktami to 22,4 m. Podobno jest mocno zdewastowana przez wydobywanie kalcytu, które rozpoczęło się pod niemiecką okupacją. Kontynuowano je jednak jeszcze przez około pięć lat po zakończeniu wojny. W wyniku tego z naturalnych nacieków skalnych prawie nic już nie pozostało. Ponadto jaskinia zniszczona została przez sam niemiecki kamieniołom. W czasie prac wydobywczych przecięto jaskinię na dwie części, przyczyniając się do zachwiania i ostatecznej zmiany jej wewnętrznego mikroklimatu. Mimo to, jaskinia ta nadal jest ciekawą atrakcją turystyczną. Niestety nie mogłem jej zwiedzić, gdyż w grudniu nie jest ona otwarta dla ruchu turystycznego. Poniżej wejście do jaskini.


Widok na kamieniołom z punktu jego wylotu.



Z tego miejsca udałem się już w drogę powrotną. Aby nie powtarzać tej samej trasy wybrałem krótszą drogę mającą część wspólną z poprzednią jedynie w okolicy Zamku Bąkowiec. Do ruin zamku trasa ta wiodła przez las a później najpierw asfaltem i znowu przez las, by ostatecznie polną drogą trafić do Skarżyc, gdzie zakończyłem wędrówkę pod Okiennikiem Wielkim. Wydawało się więc, że po drodze nie było już nic specjalnie interesującego. Jak się jednak okazało po powrocie do domu, po drodze minąłem jedno ciekawe miejsce. Mowa o Okienniku Małym, który położony jest zaledwie kilkaset metrów od wspomnianego asfaltu na niebieskim szlaku między ruinami zamku a Skarżycami. Niestety przy planowaniu trasy zawsze mogą trafić się jakieś uchybienia. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło - tym samym pozostało mi kolejne ciekawe miejsce do zobaczenia. Myślę, że kiedyś jeszcze tam wrócę.

Wyprawę zaliczam jak najbardziej do udanych. Nie dość, że przetestowałem nowy śpiwór będąc w efekcie zadowolonym z jego zakupu, to jeszcze poczułem się przez chwilę niemal jak jaskiniowiec. Niemal, ponieważ do pełni wrażenia zabrakło ogniska oraz pieczeni z niego. Znajdowałem się jednak w rezerwacie więc uszanowałem panujące tam zasady. Każdemu polecam zarówno zwiedzone przeze mnie miejsca, jak i formę noclegu, jeśli tylko nie straszne wam samotne zimowe noce spędzone na zewnątrz w samym śpiworze.




Zobacz inne miejsca na Jurze >>>




2 komentarze:

  1. Świetna relacja i super fotki. Okiennik i Baszty wyglądają świetnie na zdjęciach. Zawsze mam gdzieś z tyłu głowy, by przejść Szlak Orlich Gniazd, a zawsze mi brakuje urlopu na to. "Bo są ciekawsze miejsca", "bo chcę wejść na inną górę". I zawsze sobie obiecuję, że kiedyś całe 2 tygodnie poświęcę Jurze - tylko kiedy? No ale jak się tyle naczytam, co tutaj o Jurze, no to jest duża szansa, że zrobię to wcześniej niż później.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! W tym właśnie tkwi największy problem górołazów - sam się z nim borykam - niemal każdą wolną chwilę rezerwuję na górskie wyprawy przez co środkową i północną Polskę znam niewiele lepiej od Zimbabwe. Zawsze sobie mówię, że braki nadrobię na emeryturze, jak nie będę miał sił wchodzić na góry. A jeśli chodzi o Jurę, to stawiam ją niemal na równi z górami - geneza krajobrazu jest inna ale jego elementy podobne. Polecam!

      Usuń

Nowe komentarze będą widoczne po zatwierdzeniu.