Pasmo Laskowskie i Lachów Groń (Buciorysz)

Trasa na:       dwa dni
Plan:             przejść Pasmo Laskowskie i spędzić zimową noc na Bucioryszu
Dojazd:         autem do Przyborowa (zostaw je tutaj)
Dystans:        15 km

Kolejny zimowy wyjazd z noclegiem "na dziko".



Tak się jakoś składa, że tym razem nie wiem nawet gdzie dokładnie pojechałem...

Wiem  co prawda na jakie szczyty wszedłem, jednak nie mam pewności po jakich pasmach górskich chodziłem. Może się to wydawać śmieszne, jednak nawet najtęższe głowy uznawane od lat za ekspertów polskiej regionalizacji w żaden sposób nie pomogłyby mi rozwiać moich wątpliwości. Same toczą bowiem spór o przynależność tych terenów. Wybrałem się na Pasmo Laskowskie oraz na Lachów Groń stanowiący część Pasma Przedbabiogórskiego. Niektórzy badacze uznają te góry za fragment Beskidu Żywieckiego, jednak inni, w tym doceniany powszechnie profesor Jerzy Kondracki uważają, że włączyć należy je do Beskidu Makowskiego. Nie mi rozstrzygać, która ze stron ma tutaj rację, dlatego ostatecznie oznaczyłem ten wpis zarówno jako Beskid Makowski oraz jako Beskid Żywiecki. Niezależnie od nazewnictwa i przyjętej klasyfikacji nie ulega wątpliwościom, że wędrowałem gdzieś po pograniczu tych pasm górskich. Muszę przyznać, że miło zaskoczyłem się tym mało popularnym zakątkiem polskich Beskidów. Największe wrażenie wywarł na mnie Lachów Groń (zwany również Bucioryszem) ale nie wyprzedzajmy faktów.

Plan wyjazdu zmieniał mi się kilkukrotnie. Mimo, iż mamy środek zimy, początkowo chciałem spać w namiocie.  Mam już za sobą kilka udanych noclegów zimowych i nie są mi one straszne. Rzekłbym nawet, że coraz bardziej mi się podobają. Niekoniecznie trzeba jednak zawsze spać w namiocie. Czasami znacznie ciekawsze są noclegi na dziko, w zupełnie niestandardowych miejscach. Ostatnio opisywałem np. wyjazd na Jurę z noclegiem "na jaskiniowca". Tym razem natrafiłem z kolei na informacje o szałasie pasterskim znajdującym się na Hali Janoszkowej na szczycie Lachów Gronia. Oglądając zdjęcia, które udało mi się znaleźć w sieci, wydał mi się on całkiem obiecującym miejscem noclegowym, nawet na zimowe warunki. Postanowiłem więc odciążyć swój plecak o namiot i wyruszyć na szlak nie będąc do końca pewnym jakie warunki do spania zastanę na miejscu. Jak się okaże, rzeczywistość skłoni mnie do nagłej, dalszej zmiany planów już podczas samego wyjazdu.

Mapa trasy:

21 stycznia 2017

Mój kot przed wyjazdem starał mi się chyba powiedzieć, żebym zabrał go tym razem ze sobą – wszedł do dolnej komory plecaka i było mu tam całkiem wygodnie, bo spał tak ponad godzinę. 

Wędrówkę rozpocząłem około godziny 11:00 w Przyborowie. Mógłbym zacząć wcześniej, bo dojazd autem zajmuje mi tu niecałe dwie godziny, jednak wtedy dotarłbym na miejsce noclegowe sporo przed zmierzchem. Zimą, z dala od ciepła cywilizacji nie byłoby to natomiast na dłuższą metę przyjemne. Dlatego wyjście i czas przejścia zaplanowałem tak, aby skończyć wędrówkę po zmierzchu i niedługo po dojściu na miejsce móc położyć się spać. Na grzbiet Pasma Laskowskiego wszedłem nieistniejącym już fragmentem żółtego szlaku. Okazało sie bowiem, że w aplikacji mapa-turystyczna.pl naniesiony był nadal stary szlak, tymczasem ostatnimi czasy został on nieco zmieniony i teraz podchodzi się na górę inną drogą. Po powrocie do domu poinformowałem administrację serwisu o zmianie i obecnie znajdziecie tam juz aktualny przebieg szlaku (widoczny powyżej na mapce). Nie przeszkodziło mi to jednak dotrzeć bez problemu na grzbiet, gdyż nadal widoczne były stare oznaczenia szlaku, zamalowane na szaro. Poniższe zdjęcie zrobiłem na pierwszej większej polance, zaraz po złączeniu się z aktualnym szlakiem. Po lewej stronie zdjęcia kryje się w chmurach Lachów Groń – góra, na której spędzę noc.

Szlak przez Pasmo Laskowskie w większości był nieprzedeptany. Byłem pierwszą osobą po ostatnich opadach, której przyszło go przecierać. Jedyne ślady, które się na nim zdarzały należały do zwierząt.

Śniegu było nieco powyżej kostek, w zagłębieniach trochę więcej.

Dopiero w okolicach Chatki Elektryków zaczęły pojawiać się pierwsze ludzkie ślady. Do chatki wiedzie bowiem nie tylko żółty szlak ale także kilka szlaków chatkowych oznaczonych symbolem domku.


Zbliżając się do chatki mijałem również inne zabudowania, niektóre będące już ruinami.

W końcu  docieram  jednak do samej Chatki Elektryków (zwanej również Lesiową Chatką).

Jest to bardzo sympatyczne miejsce. Bazowy Mariusz przyjął mnie cieplą herbatą. Zjadłem wraz z nim posiłek wymieniając się różnymi uwagami o życiu górskim i nie tylko. W międzyczasie przyszła grupa turystów, na których czekał. Zrobiło się głośno i wesoło. Normalny turysta stwierdziłby, że szkoda opuszczać tak ciepłe, przyjazne i przytulne miejsce. Ja jednak miałem na dzisiaj inne, nieco chłodniejsze plany. Minęła godzina 13:00. Zrobiłem więc sobie jeszcze zapas gorącej herbaty do termosu, pożegnałem się z bazowym i ruszyłem w dalszą drogę.

Patrząc od strony Przyborowa, Chatka Elektryków znajduje się na końcu grzbietu Laskowskiego. Stąd do Koszarawy pozostało mi więc tylko zejście. Po dłuższej chwili wartkiego i energicznego zejścia znalazłem się nieco nad Koszarawą.



Tuatj widać Lachów Groń – mój dzisiejszy cel, na który za chwilę zacznę podejście.

Po drodzę mijam kolorowe drewniane chaty w Koszarawie.

Chwilę później rozpoczynam wejście na Lachów Groń. Różnica poziomów wynosi prawie pół kilometra. Szlak jest zupełnie nieprzedeptany. Początkowo wiedzie przez pola, dnem długiego i wąskiego zagłębienia, przypominającego rów o głębokości około 2 metrów. Nawiało tam bardzo dużo śniegu, w którym zapadałem się po kolana, więc po chwili zszedłem ze szlaku. Wspiąłem się po zboczu rowu i do granicy lasu szedłem polem – tam śniegu było znacznie mniej. Zostawiałem za sobą Koszarawę i wznoszące się nad nią Pasmo Laskowskie.


Pogoda pozostawiała sporo do życzenia. Przede wszystkim było pochmurno. Na szczęście prognozowano poprawę pogody wraz z następnym porankiem. W tym momencie jeszcze tego nie wiem ale kolejnego dnia na horyzoncie zamiast chmur oglądać będę z tego miejsca Pilsko i Grupę Lipowskiego Wierchu.

Lachów Groń okazał się jeszcze mniej popularnym szczytem niż myślałem. Przez większość drogi nie było ani jednego śladu człowieka. Niemal cały czas  jako pierwszy przecierałem szlak a im wyżej wchodziłem, w tym głębszym śniegu stawiałem kroki. W pewnym momencie las zaczął się przerzedzać i wyszedłem na polankę, na której stała stara drewniana chata. Ni stąd, ni zowąd pojawiły się też czyjeś ślady. W miejscu tym do szlaku dołączyła jakaś nieznakowana ścieżka z kierunku północnego.

Chata wyglądała na opuszczoną i była otwarta.

Poniższy napis upewnił mnie, że służy ona za schronienie wędrowcom. Nigdy jednak o niej nie słyszałem.

Jej wnętrze przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Spodziewałem się pustych pomieszczeń a zastałem w pełni wyposażoną chatę. Pamiętacie chatkę, którą opisywałem w tym miejscu? Ta okazała się jeszcze lepiej wyposażona! Przede wszystkim był tam solidny piec  - podstawa do dłuższego bytowania w jednym miejscu. Fakt, że posiadał on dodatkowo piekarnik jedynie podnosił status lokalu.

Ponadto w tym samym pomieszczeniu znajdowały się cztery prycze w formie dwóch łóżek piętrowych.

Sporo miejsca gwarantowało również poddasze.


Kusiło mnie żeby zostać tu na noc, jednak ostatecznie stwierdziłem, że skoro zaplanowałem sobie nocleg w szałasie pasterskim na szczycie góry, to będę się tego trzymał a znalezioną właśnie chatę zostawię sobie na przyszłość. Wyruszyłem więc dalej... i już po chwili tego żałowałem. Nieco powyżej chaty wszedłem w chmurę i straciłem wszelką widoczność. Co więcej, ilość śniegu drastycznie wzrosła, przez co przy każdym kroku zapadałem się w nim powyżej kolan a czasami głębiej. Miałem co prawda stuptuty oraz dobre spodnie więc dokuczał mi jedynie wysiłek wkładany w każdy krok, jednak warunki były odpowiednie na rakiety śnieżne, których nie miałem. Ponownie przecierałem szlak, ponieważ ślady, które pojawiły się wcześniej odbiły od szlaku i zniknęły w lesie, podczas gdy szlak prowadził polaną do góry. Głupio byłoby jednak zawrócić skoro nic nie zagrażało bezpośrednio mojemu bezpieczeństwu. Szedłem więc dalej. Na szczyt miałem nieco ponad kilometr drogi. Normalnie szedłbym kwadrans, może trochę dłużej. W tych warunkach zajęło mi to godzinę. Co gorsza, pod szczytem okazało się, że ślady które wcześniej zniknęły w lesie pojawiły się ponownie - najwidoczniej osoby znające to miejsce zrobiły sobie skrót omijając otwarte połacie polany z dużą ilością śniegu i poszły lasem. Gdybym poszedł ich śladem oszczędziłbym sobie sporego wysiłku. W międzyczasie zrobiło się już ciemno. Po zmierzchu dotarłem na szczyt i do znajdującego się kawałek za nim szałasu. Tutaj musiałem zmierzyć się z najgorszą wiadomością... szałas miał już swoich lokatorów. Chwilę przede mną dotarło do niego z innego kierunku pięciu młodzieńców z replikami broni automatycznej, bawiących się w komandosów. Zabierali się właśnie do rozpalania ogniska przed szałasem. Sam szałas był mały. Na tyle mały, że wygodnie wyspałyby się w nim cztery osoby, podczas gdy ja byłbym już szósty w towarzystwie. 

Mógłbym zostać ale po co się męczyć i cisnąć, mając świetną alternatywę w zanadrzu? Nie myśląc długo postanowiłem wrócić do chaty, którą opuściłem nieco ponad godzinę temu. W drodze powrotnej skorzystałem ze skrótu, o którym pisałem wcześniej. Droga ta była znacznie łatwiejsza a przede wszystkim przedeptana. Po około dwudziestu minutach mogłem w końcu zdjąć plecak i usiąść. Przez wcześniejszy marsz w głębokim śniegu byłem naprawdę zmęczony. Zapaliłem znalezione świeczki i napiłem się herbaty z termosu, którą zrobiłem jeszcze na Lasku. Genialne uczucie! Po chwili poczułem radość i satysfakcję, że ostatecznie to tutaj spędzę tę noc. Chata była naprawdę sympatyczna! 

Poniżej widać regulamin przytwierdzony do ściany.

A tutaj krótki komentarz komiksowy trafnie podsumowujący sytuację.

Po odpoczynku i po kolacji przyszedł czas na przygotowania do snu. W pierwszej kolejności wyciągnąłem śpiwór i przygotowałem posłanie. Wykorzystałem do tego materac, który ktoś wykonał z koców. Zawsze to lepiej spać na kocach niewiadomego pochodzenia niż na twardych deskach. Tym bardziej, że na materacu rozłożyłem swoją karimatę z warstwa izolacyjną a dopiero na niej śpiwór. Nie kładłem się co prawda na zimnym podłożu, jednak izolacja nadal spełniała pozytywną funkcję odbijając ku mnie moje własne ciepło zamiast pozwalać mu ogrzewać niepotrzebnie materac.

Temperatura w chacie spadła do -8*C, podczas gdy mój śpiwór posiada  temperaturę przejściową -9*C. Przebrałem się więc w suche ciuchy. Położenie się w ubraniu, w którym chodziłem w trakcie dnia wystawiło by mnie na ryzyko zmarznięcia w nocy, gdyż w pewnym stopniu było ono wilgotne. Do snu ubrałem na siebie bieliznę termoaktywną z długimi rękawami, dodatkową koszulkę, ciepłe skarpety i czapkę. W piecu nie rozpalałem, ponieważ nie było czym a w nocy nie chciało mi się już organizować opału.

Postanowiłem jednak otworzyć małe ogrzewacze chemiczne do dłoni aby rozgrzać zmarznięte palce u stóp. Jest to tanie i bardzo wydajne źródło ciepła na takie okazje. Po wyjęciu ogrzewacza z opakowania, pod wpływem kontaktu z powietrzem następuje reakcja chemiczna, która emituje ciepło. Po kilku minutach ogrzewacz osiąga temperaturę 40-60 stopni i utrzymuje ją przez około 8 godzin (duży grzeje nawet 20 godzin). W każdej chwili można zatrzymać reakcję przez włożenie ogrzewacza do szczelnego opakowania. 
Po niecałej godzinie spędzonej w śpiworze moje stopy były już zupełnie rozgrzane. Rzekłbym nawet, że zaczęło mi się robić za ciepło z ogrzewaczami, więc znalazłem dla nich nowe przeznaczenie. Włożyłem je do butów aby usunąć z nich wszelką wilgoć (buty nie były przemoczone, tylko lekko wilgotne od całodniowego marszu w wymagających wysiłku warunkach). Wkładki z butów uprzednio wyciągnąłem i włożyłem do wnętrza śpiwora - przetestowałem to przy innych okazjach i wiem, że rano wkładki będą suche. To samo zrobiłem z butelką wody. Nie chciałem żeby zamarzła do rana, gdyż nie miałbym co pić a w śpiworze nie dojdzie do tego. Niestety wkładając butelkę do śpiwora woda była już na tyle zimna, że czułem  w nogach ciągnący od niej chłód. Znalazłem jednak na to rozwiązanie. W termosie miałem jeszcze prawie pół litra gorącej herbaty. Odlałem więc z butelki odpowiednią ilość wody i uzupełniłem ją herbatą. Rezultat był taki, że nie dawała ona ciepła jak termofor, jednak do rana nie czułem też już więcej chłodu.

22 stycznia 2017

Rano obudziłem się dość późno, bo o 9:30. Spałem wygodnie i bez przerw. Przez całą noc było mi ciepło - kolejny udany test śpiwora utwierdzający mnie w przekonaniu o udanym zakupie. Ku mojemu zadowoleniu prognozy pogody sprawdziły się i na dworze panował piękny zimowy poranek. Poniżej widok sprzed chaty na Pilsko.

Po śniadaniu zebrałem swoje rzeczy i ponownie ruszyłem na szczyt. Nie mogłem odpuścić sobie możliwości rozglądnięcia się z niego przy takiej pogodzie!

Dopiero wchodząc na szczyt uświadomiłem sobie jak ładnie chata jest położona. Nieco powyżej niej roztacza się piękny, otwarty widok na Pilsko i Grupę Lipowskiego Wierchu.

Pod szczytem, na początku Hali Janoszkowej.

W końcu staję na szczycie Lachów Gronia (1045 m n.p.m.) mając możliwość rozejrzeć się przy świetnych warunkach widokowych.
Widok ze szczytu na Jałowiec. Po prawej wyłania się Polica.

Na horyzoncie charakterystyczny, słowacki Wielki Chocz.

Po lewej Beskid Żywiecki a po prawej Beskid Śląski.

Widok na Babią Górę.

Poniżej Pilsko wraz z Wielkim Choczem oraz poranne mgły w dolinach.

Jałowiec wraz z Pasmem Solnisk. Na horyzoncie ciemna linia smogu.


Solniska.

Udaję się ponownie do szałasu, w którym pierwotnie miałem spędzić noc. Ciekaw jestem zarówno samego obiektu w świetle dziennym, jak i tego czy "komandosi" nadal w nim są.

Na miejscu nikogo już nie zastaję. Po pozostałościach z ogniska (jeśli tak można je nazwać) wnioskuję, że paliło się ono nie dłużej niż pięć do dziesięciu minut. W sumie nie dziwi mnie to skoro "komandosi" użyli do tego spróchniałego drewna z rozwalającego się z tyłu starego szałasu.

Wnętrze szałasu. Spokojnie mógłbym spędzić tu noc, gdyby nie tłok, który zastałem wieczorem. Ostatecznie na dobre mi to wyszło.

Stary szałas był znacznie przestronniejszy. Pewnie niedługo już tu postoją jego resztki. 

Widok na szczyt Lachów Gronia spod szałasu.

Jeszcze kilka ujęć w stronę Pilska.


Babia Góra z Policą po lewej.

Babia Góra, Mędralowa i Wielki Chocz.

Widok na Beskid Śląski a na pierwszym planie przyjemnie wijący się szlak.

Schodzę ze szczytu szlakiem, który poprzedniego dnia z mozołem przecierałem.



Jeszcze raz przechodzę koło mojej dzisiejszej chaty.


Nieco poniżej chaty mam okazję przypatrzyć się dobrze Beskidowi Śląskiemu (po prawej).

Na całym obrazku najmocniej rzuca się jednak w oczy szara chmura smogu zalegająca między Żywcem a Bielsko-Białą.

Całkiem po prawej stronie widać zachodnie rubieże Beskidu Małego. Na lewo od niego w smogu znajduje się Bielsko-Biała.

Skrzyczne, najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego oraz smog pod nim.

Na zejściu do Koszarawy mam dobry widok na Pasmo Laskowskie oraz Grupę Lipowskiego Wierchu.

Pamiętacie to zdjęcie z podejścia na górę poprzedniego dnia?

Poniżej to samo miejsce przy dobrej pogodzie.

Na ostatnich metrach zejścia ponownie widzę Pasmo Laskowskie z Koszarawą pod nim, tyle że teraz bez chmur ponad wszystkim.




Na koniec ostatni rzut oka na Pilsko.

Po zejściu do Koszarawy udaję się na przystanek autobusowy skąd przy pierwszej próbie udaje mi się złapać autostop do Przyborowa, gdzie zostawiłem samochód. Stamtąd wracam już prosto do domu mając za sobą kolejny udany wyjazd oraz znakomicie poszerzoną bazę noclegową na przyszłość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nowe komentarze będą widoczne po zatwierdzeniu.